Długa droga do Albanii

Zbiórka w Żorach. The Trics gotowi do wyprawy !   Dojazd do Albanii zawsze stanowi problem - długie i nudne kilometry po autostradach. Dobrze o tym wiemy, bo to nasza kolejna wyprawa na Bałkany. Tym razem jednak dojazd był wyjątkowo urozmaicony i pełen niespodzianek. Ale po kolei. Spotkanie całej ekipy TheTrics zaplanowaliśmy w Żorach i o dziwo wszyscy tam dotarli. Jedynie Alek nieco pobłądził. Kiedy już dotarł, wywołał wielką radość, bo byliśmy w komplecie i w końcu mogliśmy rozpocząć naszą długo oczekiwaną wyprawę.
Zbiórka w Żorach. The Trics gotowi do wyprawy !
Dojazd do Albanii zawsze stanowi problem – długie i nudne kilometry po autostradach. Dobrze o tym wiemy, bo to nasza kolejna wyprawa na Bałkany. Tym razem jednak dojazd był wyjątkowo urozmaicony i pełen niespodzianek. Ale po kolei. Spotkanie całej ekipy TheTrics zaplanowaliśmy w Żorach i o dziwo wszyscy tam dotarli. Jedynie Alek nieco pobłądził. Kiedy już dotarł, wywołał wielką radość, bo byliśmy w komplecie i w końcu mogliśmy rozpocząć naszą długo oczekiwaną wyprawę.

 

Na stacji przed Zwoleniem (SK) w pierwszym dniu podróży. Już od Żiliny zaczęliśmy mocno odczuwać wysokie temperatury. Kązdy postój stawał się okazją do ochłodzenia i uzupełnienia napojów, które zużywały się niewiele wolniej niż paliwo.
Na stacji przed Zwoleniem (SK) w pierwszym dniu podróży. Już od Żiliny zaczęliśmy mocno odczuwać wysokie temperatury. Kązdy postój stawał się okazją do ochłodzenia i uzupełnienia napojów, które zużywały się niewiele wolniej niż paliwo.
Motorki u motorestu Lucina na ceste na madziarsko. Byli knedliki a nealkoholicke pivo.Jeszcze przed granicą z Węgrami zjedliśmy obiadek w przydrożnym barze. Po obiadku przekroczyliśmy granicę węgierską zadowoleni z niezłego tempa jazdy, które za chwilę miało wzrosnąć, bo wjeżdżaliśmy na węgierskie autostrady. Już cieszyła nas wizja szybkiego dojazdu do Szeged i zasłużonego po upalnym dniu piwa.
Motorki u motorestu Lucina na ceste na madziarsko. Byli knedliki a nealkoholicke pivo.Jeszcze przed granicą z Węgrami zjedliśmy obiadek w przydrożnym barze. Po obiadku przekroczyliśmy granicę węgierską zadowoleni z niezłego tempa jazdy, które za chwilę miało wzrosnąć, bo wjeżdżaliśmy na węgierskie autostrady. Już cieszyła nas wizja szybkiego dojazdu do Szeged i zasłużonego po upalnym dniu piwa.

 

Autostrada nie odwdzięczyła nam się jednak gładkim przejazdem. Większa prędkość jazdy ujawniła w motocyklu Michała bardzo mocne shimmie. Nie pomagał nawet amortyzator skrętu ustawiony na największe tłumienie. Od 115 km/h chciało wyrwać kierownicę. Zaraz za Budapesztem zatrzymaliśmy się na stacji by uzupełnić paliwo i spróbować coś zaradzić z drganiami przedniego koła. Wkrótce po starcie, po nabraniu prędkości, pod naporem wiatru otworzył się jeden z kufrów Alka. Pech chciał, że akurat na wierzchu leżała saszetka z paszportem i innymi dokumentami. Udała się więc w krótki lot zakończony lądowaniem na autostradzie. Właściciel niestety zorientował się, ze dokumenty udały się na samowolkę dopiero po chwili.

Oddajmy głos Alkowi:

„I tu się zaczyna historia, którą warto przedstawić bliżej przynajmniej z trzech powodów: jako przestroga, jako scena mrożąca krew w żyłach, no i jako scena przy której Gang Dzikich Wierzy to mały pikuś 😉

Na miejsce poszukiwań niełatwo było wrócić z uwagi na złożony układ autostrad, ale po wykręceniu ok. 30 km udało się i zaczęliśmy Andrzejem skanowanie autostrady jadąc pasem awaryjnym. Sprawa była wielkiej wagi, więc robiliśmy to bardzo dokładnie. Gdy nagle saszetka się znalazła na poboczu zatrzymałem się z wielką radością – niestety Andrzej jadąc za mną cały czas skanował uważnie teren, aż zobaczył – że już nie zdąży ;). Tereska potraktowana od tyłu wykręciła piruet i położyła się bokiem na pasie awaryjnym a ja poczułem się jak na rodeo.  Zawartość kufra rozsypała się wokół, co sprawiało wrażenie jakby wydarzyła się jakaś poważna katastrofa – rozrzucone buty, butelki i inne przedmioty, no i przy tym pędzące TIRy. Nigdy tak szybko się nie spakowałem z powrotem. Po oględzinach i wyprostowaniu kilku rzeczy okazało się, że Tereska pojedzie dalej, a BMW niestety nie. I niewiele brakowało do całkowitej dyskwalifikacji. Najgorzej było z przeciętą przednią oponą, która nie przetrzymała spotkania z napędem Teresy.

A taka była piękna !
A taka była piękna !

Na szczęście znikąd pojawiła się pomoc. Węgier, który cofał do nas busem kilkaset metrów pasem awaryjnym zaproponował pomoc. Trzeba było GSa trochę rozebrać bo bał się wejść do ładowni dostawczaka. Kolega Węgier miał kolegę Polaka, Łukasza, który znakomicie pomagał w tłumaczeniu, poszukiwaniach serwisu i wykorzystywaniu relacji zbudowanych między naszymi narodami już przecież od wieków. Panowie z garażowym serwisie szybko założyli jakąś oponę żeby można było jechać dalej i byli pod dużym wrażeniem jak sprawnie naprawiliśmy trytkami resztę GSa. Docenili również kunszt gorzelniczy mojego sąsiada – cud, że butelka przetrwała katastrofę – co jeszcze bardziej wzmocniło nasze więzi. Dzięki Mirek !

Najpiękniejsze w tej historii jest to, że ta pomoc była niesamowicie przyjacielska i całkowicie bezinteresowna. Pamiętajcie! Sprawdzać bagaż przed startem dwa razy! Bo nie  wszędzie spotkacie takich Węgrów!

Bardzo serdecznie dziękują naszym węgierskim przyciałom, którzy udzielili nam wielkiej pomocy w kłopotach: Łukaszowi i na razie bezimiennemu Węgrowi, ale odnajdziemy go i upamiętnimy Jego imię.

Do reszty ekipy dołączyliśmy w Szeged około 1 w nocy.”

W czasie, gdy Alek i Andrzej dzięki węgiersko-polskiej pomocy wychodzili w opresji, Michał Darek i nieco starszy Andrzej spróbowali upragnionego piwa oraz skromnie pożywili się korzystając czynnej całą dobę restauracji.

7-Albania2015_Day1_.D1 -021
Skromny, węgierski posiłek motocyklistów w podróży. Nie da się schudnąć 😦

To kilkugodzinne oczekiwanie na spóźnialskich upłynęło w typowej węgierskiej atmosferze 🙂

Tego dnia pokonaliśmy 740 km. Z Namysłowa wystartowaliśmy o 6:15 a do hotelu dotarliśmy około 22-giej (pierwsza grupa) i 1-szej w nocy (Alek i Andrzej Młodszy) – a więc z cztero- i siedmiogodzinnym opóźnieniem. Tego dnia zmieniliśmy jedną oponę i dojrzeliśmy do zmiany drugiej (przedniej w motocyklu Michała) – musieliśmy jednak odłożyć to na kolejny dzień.

Dopiero kolejnego dnia rano mogliśmy przyjrzeć się naszemu lokum.

Hotel pod Szeged - restauracja czynna całą dobę !
Hotel pod Szeged – restauracja czynna całą dobę !
Zbieramy się szukać nowych opon.
Zbieramy się szukać nowych opon.

Wyjechaliśmy (Andrzej Starszy i Michał) do pobliskiego serwisu motocyklowego w poszukiwaniu opony dla Michała i Andrzej Młodszego. Obsługa serwisu Yamahy niestety mogła nam tylko wskazać najbliższy sklep z oponami enduro w Suboticy po serbskiej stronie. W Szeged nie używa się opon terenowych 😦 Na szczęście Subotica leżała na naszym szlaku, więc ruszyliśmy tam czym prędzej.

06-Albania2015_Day3_.D2 -015
W sklepie Yamahy w Szeged nie ma opon ! Żadnych !

Na pobliskiej stacji, jeszcze przed samą granicą z Serbią spotkaliśmy się z resztą TheTricków. I tu zastał nas zong, jak mawia mój sąsiad – też motocyklista.  Darek, który wieczorem poleciał „trochę” szybciej, by zatankować i byśmy nie musieli na niego poczekać, podczas kilkudziesięciokilometrowej gonitwy zgubił sporą część tylnej opony. Wysoka temperatura i przekroczenie dopuszczalnej dla opon prędkości wykończyło oponę.

Czy tutaj czegoś nie brakuje ?
Czy tutaj czegoś nie brakuje ?

No to w Suboticy musieliśmy poszukać już TRZECH ! opon. Skracając tą skomplikowaną i dość zawiłą historię – dostaliśmy opony dla Michała i Darka, które szybko wymieniliśmy u lokalnego wulkanizatora. Opona dla Andrzeja znalazła się w końcu w leżącym 100 km dalej Nowym Sadzie, dzięki poszukiwaniom z Polski, które prowadził mój pierworodny syn Michał. Dotarcie do sklepu z oponami wymagało przejechania przez niemały i gorący Nowy Sad. Po kupnie TKC 80 przejechaliśmy ponownie przez rozgrzany do białości Nowy Sad, wymieniliśmy opony u „vulkanizera” i pognaliśmy do chłopaków, czekających na nas na umówionej stacji benzynowej. Jak się okazało czekali na innej. Ale już po chwili byliśmy razem i walczyliśmy do dotarcie do Skopje już na sprawnych oponach i w komplecie.

Upał powoli znikał. Na chwile udało nam się nawet wjechać w resztki burzy, co ucieszyło nas jak nigdy. Temperatura spadła o 10 stopni i jazda w rześkim powietrzu była cudowną odmianą.

Przejazd przez Serbię w zasadzie można opisać jednym słowem – nuda. Niestety przez poszukiwanie i wymianę opon dołożyliśmy 5 godzin opóźnienia i zmęczenie zaczęło nam dawać się we znaki. Już po zachodzie słońca, koło Niszu w Serbii zatrzymaliśmy się by zatankować i chwilę odsapnąć.

Daleko jeszcze ?
Daleko jeszcze ?
Mimo zmęczenia zadowolenia na twarzach ! TheTricks nie dają się !
Mimo zmęczenia zadowolenia na twarzach ! TheTricks nie dają się !

Do Skopje dotarliśmy wpół do pierwszej w nocy. Jednak nie odpuściliśmy, gdyż Andrzej z Gór (Tarnowskich) miał urodziny ! Uczciliśmy je między innymi burkiem z mięsem. Byliśmy spóźnieni, ale dotarliśmy do planowanego noclegu i nasza podróż, mimo czterech wymienionych opon nadal miała szanse się udać. Mieliśmy nadzieję, że wyczerpaliśmy pecha i w dalszej podróży już nic złego się nie stanie.

Burek z mięsem za 1 euro smakuje wyśmienicie. Nawet w restauracji bankowej w centrum Skopje.
Burek z mięsem za 1 euro smakuje wyśmienicie. Nawet w restauracji bankowej w centrum Skopje.

Po posileniu się spoczęliśmy przy stoliku w naszym hotelu i sączyliśmy napoje, które okazały się katalizatorami naszego zmęczenia. Kolejni biesiadnicy zasypiali przy stole i nie tłumaczy ich fakt, że na dworze robiło się już jasno 🙂 Uczciliśmy urodziny Andrzeja najgodniej jak byliśmy w stanie. Na szczęście mogliśmy trochę dłużej pospać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s