Lure – creme de la creme wyprawy

Na zaplanowanie tego odcinka poświęciliśmy najwięcej czasu. Sieć nie zalewa masą informacji, ale udało nam się dotrzeć do osób, które pokonały tą trasę wcześniej i dzięki ich pomocy mogliśmy zaplanować nasz przejazd.  Podejrzewaliśmy, że to może być długi dzień. I nie miało tu znaczenia, że trzeba było pokonać „tylko” 125 km. Wiedzieliśmy, że droga przez Park Narodowy Lure może być w nędznym stanie, w szczególności po deszczach, oraz, że  będziemy musieli wykazać się sporą wytrzymałością, by przez cały dzień pokonywać kolejne i kolejne fragmenty trasy.

Wyruszyliśmy o 9:30 spod naszego hotelu Piazza w Peshkopi. Pokonaliśmy 125 km w czasie 11 godzin. To niezłe tempo, jeśli weźmiemy pod uwagę lekkie pogubienie grupy oraz kilka dłuższych postojów, ale przede wszystkim nasz sprzęt, który został poddany ciężkiej próbie. O ile KTM -y są stworzone do takich przejazdów, tyle R 1200 GS Adventure Andrzeja Młodszego, czy F800GS Darka nie czują się w tych warunkach najlepiej. Dzięki umiejętnościom kierowców udało się nam jednak dokonać dzieła i pokonać tą trudną trasę w dobrym czasie. Należy także wspomnieć o Alku, który dosiadał najsłabszą maszynę (49 KM przy wadze ok. 200 kg). W historii naszych wyjazdów to niewątpliwie najtrudniejsza przeprawa. Nie zniechęciła nas jednak do podejmowania się takich wypraw w przyszłości, a wręcz przeciwnie 🙂

Pierwsze 10 km z Peshkopi do mostu na Drini i Zi pokonaliśmy po asfalcie. Już za mostem, którego jezdnia składała się z desek, zaczynał się lekki szuter. Dotarliśmy dość szybko do Arras, tonąc w unoszącym się z drogi pyle. Za tą wioską zaczął się podjazd o zdecydowanie gorszej nawierzchni. Na rozdrożu za Arras pogubiliśmy się i straciliśmy trochę czasu. Po krótkiej męskiej naradzie ruszyliśmy dalej, wspinając się do wioski Cidhen, by już za nią zacząć mozolny i dość trudny podjazd na przełęcz Qafa e Lanes. Luźne podłoże, wymagające stałej koncentracji na długim odcinku, wyssało z nas trochę energii i po dotarciu na przełęcz chwilę odpoczęliśmy. Dalej czekał nas średniej trudności zjazd do wioski Fushe  Lure. Nie marnowaliśmy w niej czasu, tylko zaczęliśmy mozolny podjazd (różnica poziomów 700 m) do Parku Narodowego Lure. Luźny tłuczeń na podjazdach zmotywował Michała do odkrycia, że jazda na stojąco jest lepszą alternatywą do wersji siedzącej. To odkrycie zupełnie odmieniło styl jazdy Michała, który pod koniec dnia pokazął prawdziwy pazur śmigając z uślizgami w stylu rajdu Dakar, i nawet ja, który niezasłużenie uchodzi w naszej grupie za najbardziej doświadczonego jeźdźca, miałem spory problem by utrzymać jego tempo jazdy !

Dotarliśmy do jezior by rozkoszować się pięknymi widokami i… ruszyć dalej, bo czas nam się kurczył, a przed nami był najtrudniejszy odcinek. Droga przez park w okresie opadów może być piekłem. Na szczęście mieliśmy suchą i słoneczną pogodę i spowalniały nas nieliczne kałuże, choć i tak musieliśmy poświęcić na nie trochę czasu. Przejazd przez Park Narodowy i dalej na południe od niego do Qafe Murre to długa, mozolna i chwilami trudna przeprawa. Odcinek trasy pomiędzy oznaczonymi na mapie drogami SH34 (biegnąca przez Fushe Lure) i SH36 (biegnąca przez Qafe Murre) liczy około 34 km. Potrzebowaliśmy na jego pokonanie 4,5 godziny trazem z postojami niezbędnymi, by zebrać siły na dalszą jazdę. Ostatnim trudnym odcinkiem był zjazd do drogi SH36 w okolicach Qafa e Kalase. Szybko opadająca droga, rozjeżdżona przez ciężarówki zwożące drewno, pełna błotnych kolein, wypełnionych luźnymi kamieniami wyssała z nas resztki energii. Dotarliśmy jednak do SH36 w dużo lepszym stanie i mogliśmy zwiększyć tempo jazdy i trochę odsapnąć. Podotarciu do Selishte nie odmówiliśmy sobie espresso. Być może to dawka kofeiny sprawiła, że odcinek z Selishte do Muhurr pokonaliśmy w rajdowym tempie. Bo nie mogło to być sprawką jednego małego piwka 🙂

A co o tym dniu powie Alek ?

„To długo oczekiwany dzień prawie bez asfaltu, więc nic dziwnego, że jak tylko kostki poczuły szuter przepustnice zaczęły wariować. Szybko się jednak okazało, że przyjemność z jazdy ma pierwszy i może drugi, bo reszta w tumanach kurzu niewiele widzi. Jako że jechałem ostatni postanowiłem odpuścić kilkaset metrów – po tym tumanie kurzu drogę można by odnaleźć nawet drugiego dnia.  Na szczęście podłoże wkrótce się zmieniło, a rozczłonkowana grupa szybko  wykorzystała okazję żeby się pogubić :). Nasz planista-przewodnik podjął próbę zdyscyplinowania grupy w typowy dla siebie sposób, ponieważ trasa tego dnia była bardzo ambitna i nikt nie wiedział co nas jeszcze czeka.

Chwilę po tym, żeby pokazać grupie czego nie należy robić zostawił nas w tyle i podążył w jak mu się wydawało właściwym kierunku. Grupa natomiast po reprymendzie pojechała tym razem grzecznie właściwą drogą 🙂
Po tych drobnych początkowych nieporozumieniach przez resztę drogi trzymaliśmy się razem tym bardziej, że nasze rumaki okazywały zmęczenie z dość niespodziewanych okolicznościach: a to na środku drogi, a to w głębokich kałużach lub koleinach i na luźnych kamieniach. Namawianie ich  do powrotu do pionu zdecydowanie lepiej wychodziło nam w pracy zespołowej. Z czasem nabraliśmy niezłej wprawy 🙂 Nasz planista-przewodnik nie zostawił tego dnia zbyt dużego marginesu na niespodzianki i indywidualne fantazje dlatego staraliśmy się trzymać planu i dzięki temu tuż przed zmrokiem dotarliśmy z powrotem do Peshkopi na zasłużone piwko. Pokazaliśmy, że da się tą trasę zrobić w przyzwoitym czasie zarówno na lekkich KTMach jak i na ciężkim GSie. Szacun !

Galeria zdjęć najlepiej odda piękno okolic, a trudach przeprawy opowie film (wkrótce).

Przebieg naszej trasy znajdziecie na Wikiloc pod tym linkiem.

Lure_przejazd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s