albania.2018

Wiem, że nie wszyscy lubią czytać. Dla nich jest film. To wersja beta. Niedługo będzie lepiej i dłużej:)

A dla tych, co jednak lubią czytać moje wypociny jest dalszy ciąg…

Słowo wstępne

To był wspaniały tydzień w Albanii. Warto go opisać, by za kilka lat, gdy pamięć zawiedzie, przypomnieć sobie tą wspaniałą wyprawę.

Geneza

Gdy kończyliśmy zeszłoroczną wyprawę w Kirgistanie pojawił się pomysł, by kolejna nie była już tak odległa. Jesienią trochę czasu poświęciłem na szukanie pomysłów i okazało się, że całkiem interesujące może być podróżowanie po trasach Trans Euro Trail – inicjatywy europejskich podróżników motocyklowych, którzy opracowali trasę enduro prowadzącą przez całą Europę. A może by tak w kolejnych latach zaliczać kolejne fragmenty tej trasy? Dyskutowaliśmy o Ukrainie, Rumunii i krajach bałkańskich. Ostatecznie wybór padł na Albanię. Planowaliśmy wyjazd w piątkę – dwóch Andrzejów, Alek, Michał i Darek. Niestety pechowa motocyklowa kontuzja Darka wykluczyła Go ze składu. Zerwane więzadło śródręcza. Brzmi jak wyrok. I tak faktycznie się stało. Jak to mówią w Top Gear – „nie jesteśmy marines, rannych zostawiamy”. Pojechaliśmy zatem w czwórkę.

Dojazd

Alek ruszył swoją AfricąTwin w czwartek, 31 maja rankiem prosto z Wrocławia z noclegiem w okolicach Osijeku. Reszta ekipy spotkała się w Tarnowskich Górach u Jędrusia. Zapakowaliśmy motocykle na przyczepkę, wcisnęliśmy bagaże do samochodu i… zjedliśmy fantastyczny obiad przygotowany przez Kornelię. Zupa rybna godna najlepszych restauracji. Tak posileni ruszyliśmy w czwartkowe popołudnie, by po dwudziestu dwóch godzinach i po tysiącu dwustu kilometrach jazdy zameldować się w Podgoricy (MNE) w hotelu Aurel. Alek pojawił się w hotelu wkrótce po nas. Popołudnie i wieczór poświęciliśmy na przygotowanie motocykli, wieczór koleżeński oraz odespanie zerwanej nocy.

 

Dzień pierwszy

W czasie poprzednich wypraw przejechaliśmy już przez słynne wśród podróżujących po Albanii Theth. To przepiękne miejsce i wymagającą trasę chcieliśmy tym razem odwiedzić na lekkich maszynach. Takie przypomnienie i rozgrzewka przed kolejnymi etapami naszej podróży, które miały nas zaprowadzić w nowe dla nas miejsca. Ruszyliśmy z Podgoricy o dziesiątej rano, przekroczyliśmy granicę albańską a w Kopliku wymieniliśmy walutę. Dość szybko dotarliśmy do Theth, tam zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w trudniejszy odcinek z Theth do Shkodry. Na trasie spotkaliśmy dwójkę polaków na ciężkich KTM-ach. Jeden z nich zaliczył wywrotkę, która skończyła się załamanym żebrem. Pomogliśmy w zapakowaniu motocykla i motocyklisty do busa a sami towarzyszyliśmy drugiemu z dwójki w dojeździe do bezpiecznej cywilizacji. Noc spędziliśmy w hotelu Eposi w Szkodrze. Trasa liczyła 170 kilometrów i była to dobra rozgrzewka.

Dzień drugi

Poranek upłynął pod znakiem asfaltowego tranzytu ze Szkodry do Rreshen. Upał już od rana dawał się we znaki. Takie wysokie temperatury towarzyszyły nam przez cały tydzień. Przejazd asfaltem to nie jest nasza ulubiona dyscyplina sportu, ale czasami tak właśnie trzeba. Niestety Alek złapał kapcia i dojazd do Rreshen nieco się opóźnił. Na szczęście przez kolejne dni nie mieliśmy już więcej przygód z oponami – Alek wyczerpał naszego pecha w tej dziedzinie:) Już za Rreshen z drogi zniknął asfalt i zaczęliśmy szybki przelot po grzbietach gór i wzdłuż dolin rzek i potoków do Fushe Lure, skąd mieliśmy rozpocząć przejazd przez Park Narodowy Lure. Ukształtowanie terenu górzystej Albanii sprawia, że dość często drogi prowadzone są nie w głębokich dolinach, ale wysoko trawersami i szczytami gór. Zapewnia to niesamowite widoki. Pomysł, by pojechać do Lure, wynikał z chęci przypomnienia sobie naszej trasy z wyprawy w 2015 roku. Przejazd przez park Lure wywarł na nas wówczas wielkie wrażanie i wyssał mnóstwo energii. Tym razem miało być szybciej, bo na lżejszych motocyklach. W Fushe Lure, wiosce położonej głęboko w górach u podnóża  parku, pogoda nieco się popsuła i postanowiliśmy przeczekać nadciągający deszcz konsumując obiad w jednym z nielicznych hotelików. Posileni i wypoczęci ruszyliśmy na podjazd do jezior po kamienistej drodze. To co trzy lata temu zajęło nam ponad godzinę tym razem załatwiliśmy w 30 minut, mimo, że droga była w gorszym stanie. Z doliny wspięliśmy się na 1800 m n.p.m. Nad jednym z jezior założyliśmy nasz pierwszy na tej wyprawie biwak. By nie psuć kolegom miłego relaksu nie wspomniałem o żyjących tutaj niedźwiedziach. Niedźwiedzie też nie chciały zepsuć nam wieczoru, więc dobrze się złożyło. Przy ognisku wypiliśmy większość zapasów malinówki i później, pod gwiaździstym niebem, ułożyliśmy nasze zwłoki do snu. To był piękny dzień podczas którego pokonaliśmy 160 kilometrów.

Dzień trzeci

Tego dnia mieliśmy przejachać przez Park Lure i pociągnać dalej na południe w kierunku Elbasan tylko na chwilkę zjeżdżając na asfalt by zatankować i zjeść obiad. Wyjątkowo sprawnie zjedliśmy śniadanie i zwinęliśmy obozowisko. Przejazd przez Lure okazał się dużo trudniejszy niż poprzedni. „Drogi” były w dużo gorszym stanie, a próby ich naprawienia przez Albańczyków kończyły się totalną katastrofą. Mimo tych przeszkód przejazd poszedł nam wyjątkowo sprawnie i bez większych przygód. Nasze umiejętności z roku na rok poprawiają się, co zaskakuje. Nie sądziłem, że po pięćdziesiątce można się jeszcze czegoś nauczyć:) Gdy dojechaliśmy do SH36 tempo naszej jazdy mocno wzrosło. Wpadliśmy do znanego już nam Burell na obiadek. Cieszyliśmy się tą chwilą przerwy pod parasolką i przy piwku, bo tego dnia upał dawał się jeszcze bardziej we znaki. Po przerwie kontynuowaliśmy jazdę na południe, a za Klos opuściliśmy krótki odcinek asfaltowej drogi, by ponownie zacząć wspinać się w góry kierując się na Elbasan. Nadchodzący wieczór dał nam wyraźny sygnał do rozbicia obozowiska nad górskim potokiem. My ten sygnał zrozumieliśmy i sprawnie rozbiliśmy nasz biwak urządzając przy okazji pranie. Tego dnia pokonaliśmy około 115 kilometrów.

Dzień  czwarty

Poranne czynności idą nam coraz sprawniej. Śniadanie, suszenie namiotów z porannej wilgoci, toaleta, pakowanie motocykli i w drogę! Przejazd z biwaku do Elbasan to była czysta przyjemność. Niezła szutrówka prowadząca w sporej części przez lasy pozwalała na niezłe tempo jazdy i uniknięcie słońca, które tego dnia grzało niemiłosiernie. Do Elbasan dotarliśmy dokładnie w porze obiadu. Smaczny posiłek i chwila relaksu w cieniu skomponowały się wspaniale z przedpołudniową jazdą. W Elbasan zrobiliśmy jeszcze zakupy i ruszyliśmy na południe w kierunku Gramsh korzystając z asfaltowej drogi, by nadrobić nieco czasu. Odwiedziliśmy kanion Holi, w Gramsh tankowanie, espresso i ponownie zjazd z asfaltu. Offroadowe popołudnie rozpoczęło się  pięknym akcentem przeprawy przez wartką rzekę Shtermeni. Potem jeszcze kawałek po górach i nadesza pora na rozbicie obozu. To był wyjątkowy wieczór, gdyż  tego właśnie dnia, nasz kolega Jędruś obchodził urodziny, a my nie jesteśmy tacy, by tego nie uczcić ulubionym trunkiem. Wprawdzie letnia ulewa na chwilę przegoniła nas do namiotów, ale po chwili chmury się rozeszły i wieczór pod nocnym niebem upłynął bardzo uroczyście. Przejechane około 160 kilometrów.

Dzień piąty

Oj, to się działo. I nie dlatego, że bolała głowa. Nie bolała. Jest coś takiego w górskim powietrzu, że nie boli. Działo się za to w ciągu dnia. A zaczęło się niewinnie. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Nawet nie było tak źle. Na początku. Po około godzinie jazdy pierwsza niespodzianka. Przed naszym przyjazdem musiały przejść przez góry solidne ulewy i spłukały drogę. Na trawersie zbocza spływająca woda wywołała osunięcie gruntu i zabrakło kilku metrów drogi. Zamiast niej była solidna dziura wypełniona błotem i kamieniami. Zawracać? To nie naszym stylu. Jest wśród nas kilku inżynierów, choć żaden od drogownictwa. Odbudowaliśmy drogę na tyle, by móc przeprowadzić motocykl po motocyklu i już po kolejnej godzinie byliśmy 10 metrów dalej! Ale za kolejnymi zakrętami takie przeszkody spotykały nas co chwila. Twardo posuwaliśmy się odbudowując drogę w miejscach osuwisk, asekurowaliśmy się nawzajem na szczególnie wąskich fragmentach, przejeżdżaliśmy przez podmokłe i grząskie kupy żwiru zmieszanego z gliną, przez strumienie rozmywające drogę. I tak godzina za godziną. I kiedy już witaliśmy z gąską, kiedy już widzieliśmy ostatni zakręt, za którym droga wyglądała na dobrą, kiedy pozostała ostatnia prosta o ostatni strumień …. AfricaTwin zapadła się po silnik w glinianej kurzawce. Nie da się opisać naszej czterogodzinnej walki by wyciągnąć maszynę z tej kupy błota. Mieliśmy do pokonania sześć metrów grzęzawiska, a przesunęliśmy motocykl o dziewięćdziesiąt centymetrów. W cztery godziny. Dziewięćdziesiąt centymetrów. W trakcie walki z błotem Michał pojechał szukać w górach traktora. I znalazł go! Dopiero traktor wydobył Africę z błota. O siedemnastej ruszyliśmy w dalszą drogę, by po pokonaniu rzeki Shtermeni dojechać na nocleg do wioski Gjerbes. Skorzystaliśmy z gościnności jedynego „hoteliku”. Wcześniej było mycie motocykli, potem kolacja i albańskie piwko, na które naprawdę zasłużyliśmy. Trzydzieści dwa kilometry – tyle przejechaliśmy tego pięknego dnia. I na tym polega uroda wypraw enduro. Nigdy nie wiesz dokąd dojedziesz, ale jazda zawsze oznacza przygodę. Czy chciałbym to powtórzyć? Oczywiście!

Dzień szósty

Ruszamy dalej, to w końcu przedostatni dzień, a mamy straszne tyły! Zaczynamy od wysokiego „C”. Dosłownie wysokiego. Wspinamy się na najwyższy dostępny na kołach punkt w Albanii – górę Tomori – 2370 m. n.p.m. Robimy parę fotek i ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Corovode, za którym podziwiamy kanion rzeki Osumi. Stamtąd ostatni skok przez góry do Kelcyre, gdzie docieramy na oparach paliwa. To był nasz ostatni odcinek offroadowy naszej podróży. W Kelcyre obiad i ruszamy dalej. najpierw do Gjirokastry, potem na wybrzeże do Sarande i stamtąd wzdłuż malowniczej riwiery do Himare na nocleg. To jedyna okazja by skorzystać z morskiej kąpieli i skosztować ryb z Morza Jońskiego. Robimy tego dnia ponad 250 kilometrów z tego około 70-ciu offem.

Dzień siódmy

Z Himare do Podgoricy. Trzysta sześćdziesiąt kilometrów w trzydziestosześcio stopniowym upale. Ruszamy wcześnie by uniknąć upałów, ale już o siódmej jest ciepło. Pierwsze kilometry, do Vlore, to jazda riwierą ze wspinaczką na tysiącmetrową przełęcz nad samym morzem. fajnie. Ale za Vlore czeka na nas rozgrzany asfalt, albański chaos na drogach, upał – za tym nie przepadamy. Pod koniec awaria pompy paliwa w mojej Husce. O 16:30 docieramy do Podgoricy. Alek decyduje się jechać dalej, by zdążyć przed nadchodzącymi burzami. My zostajemy na krótką noc w Podgoricy. Ładujemy motocykle na przyczepkę, przepakowujemy bagaże. Prysznic, kolacja i lulu. Rankiem ruszamy do domu.

Powrót

Alek ruszył dzień wcześniej i dociągnął aż do Chorwacji. My ruszyliśmy przed piątą rano i dojechaliśmy do Tarnowskich Gór przed trzecią w nocy. Alek był wcześniej – chyba około 11-tej. Ja bym mógł jechać znowu! Albania dała nam mnóstwo frajdy. Spędziliśmy razem doskonały czas. Wszyscy wrócili cali i zdrowi. Kiedy następna wyprawa?

Podsumowanie

Udało się. Znowu się udało:) Poznaliśmy kolejne skrawki Albanii i wiemy jak wiele jeszcze dróg przed nami. To morze pomysłów na kolejne wyprawy do tego pięknego i dzikiego w wielu miejscach kraju. Cała nasza trasa na poniżej mapce. W ciągu siedmiu dni pokonaliśmy na motocyklach 1250 km.
ALB2018All